NA ODCHODNE (Album)

Mam nadzieję, że tym razem skończę cykl wspomnień „Na Odchodne” Zostało już tak niewiele…do opisania. Pisząc o własnych przeżyciach, pragnę przede wszystkim pokazać, jak wyglądało życie w Polsce Ludowej, poniewieranej dziś przez złoczyńców politycznych i służących im historyków. Wracam zatem na Wilczą do Krajowej Agenci Wydawniczej. Zadzwoniła właśnie pani sekretarka: panie redaktorze szef zaprasza.
Jeszcze nie zdążyłem przywitać się z Dobrosławem Kobielskim, a pani sekretarka wniosła kawę i ciasteczka. Już miałem zapytać Sławka z jakiej okazji ta kawa, ale uprzedził mnie pytając co u Reni? 
A potem przeszedł do właściwego tematu. 
– Zamierzamy, Mirku wydać na czterdziestolecie zakończenia wojny album upamiętniający zwycięstwo. 
– Cel zbożny, tyle że w naszej redakcji nie ma wojskowych.
– Nie chodzi o redakcję tylko o ciebie. Wczoraj na posiedzeniu kierownictwa podjęliśmy decyzję, by powierzyć stworzenie albumu tobie właśnie, stąd to spotkanie i moja prośba.
– Sławku, ja nawet ani godziny nie służyłem w wojsku.
– Wiem, jestem przekonany, że sobie poradzisz, masz na to półtora roku. 
Każdemu innemu szefowi kategorycznie bym odmówił, Kobielskiemu nie mogłem, bo gdy po wprowadzeniu stanu wojennego nie zweryfikowano mnie w PKF zaproponował mi pracę w Krajowej Agencji Wydawniczej choć go o to nie prosiłem.
W redakcji pojawiałem się bardzo rzadko, przesiadywałem w bibliotekach i archiwach fotograficznych. I tu doznałem wstrząsu. Wśród fotografii trafiłem na zdjęcie z wydarzenia, w którym uczestniczyłem jako ośmioletni chłopiec. Działo się to w Kaliszu, jesienią 1939 roku, Niemcy zamordowali księdza, na oczach ludzi spędzonych na plac przez żołnierzy wermachtu. Odżyły po latach koszmary, których wojna mi nie oszczędziła. 


O napisanie tekstów do albumu zwróciłem się do młodych historyków wojskowych, opracowanie graficzne powierzyłem Andrzejowi Arcimowiczowi. Na kilka dni pojechałem do Moskwy, by w radzieckich archiwach znaleźć potrzebne zdjęcia.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Gdy autorzy, Czesław Grzelak, Henryk Stańczyk i Stefan Zwoliński dostarczyli teksty poprosiłem Bronisława Zielińskiego, z którym byłem zaprzyjaźniony, by je przejrzał. Teksty tłumaczowi Hemingwaya bardzo się podobały. Zwrócił mi jednak uwagę na następujący fragment: „…we wczesnych godzinach rannych 17 września 1939 roku wschodnie granice Polski przekroczyła Armia Czerwona, by jak stwierdzają odpowiednie enuncjacje radzieckie uchronić Ukraińców i Białorusinów zamieszkujących wschodnie kresy II Rzeczypospolitej od niewoli niemieckiej.”
– Tego ci cenzura nie puści, albowiem do tej pory Armia Czerwona wkracza na zachodnie tereny Ukrainy i Białorusi, a nie do Polski. Założyliśmy się nawet o butelkę Budafoku, że Mysia (tak ja twierdziłem) nie zwróci na ten fragment uwagi. Bronisław Zieliński miał rację, ale zakład ja wygrałem, udało się bowiem cenzora przekonać, że Armia Czerwona nie mogła wkraczać na własne terytorium. Zakładu nie sfinalizowaliśmy, bo Bronisław Zieliński odszedł do krainy wiecznych łowów, z fuzją podarowaną mu przez Ernesta Hemingwaya.
Dalszych kłopotów nie przewidywałem. Andrzej Arcimowicz zakończył tworzenie makiety o czym natychmiast poinformowałem Dobrosława Kobielskiego. 
Aliści, dyrektor – redaktor naczelny KAW zakomunikował mi, że na makietę pragnie rzucić okiem dr nauk humanistycznych, generał Józef Baryła, szef Głównego Zarządu Politycznego WP. Pojechaliśmy na Plac Zwycięstwa. Gdzie zostaliśmy, mówiąc językiem współczesnej młodzieży, zmasakrowani. Generał rozwalił makietę, wręczył nam zdjęcie młodego oficera Wojciecha Jaruzelskiego stojącego ze swoim kolegą na skrzydle strąconego niemieckiego samolotu. Zdjęcie nadające się co najwyżej do rodzinnego albumu, śmieszne, by nie powiedzieć groteskowe. Wskazał nawet własnym palcem stronę makiety, na której ma być fotka zamieszczona I aby nie było wątpliwości przydzielił nam pułkownika, który miał pilnować, by rozkazy generała były wykonane. 
Pokonani, wróciliśmy na Wilczą w rytmie marsza żałobnego. Drugiego dnia po zwycięstwie generała pojawił się na Wilczej pułkownik w pełnym rynsztunku. W wojsku nigdy nie służyłem, nie stanąłem więc na baczność. Początkowo rozmowa się nie kleiła, zauważyłem, że pułkownik czuje się nieswojo w roli nadzorcy. Gdy przełamaliśmy pierwsze lody okazało się, że pułkownikowi też się zdjęcie nie podoba. Przez kilka dni porządkowaliśmy makietę i zastanawialiśmy się co zrobić, by zdjęcia nie publikować. Aby zintensyfikować myślenie wpadaliśmy na kawę „Pod Kuranty. I właśnie” Pod Kurantami” pułkownik doznał iluminacji. Oznajmił, że generał źle się wyraża o oficerach, którzy wyjechali z ojczyzny. Poradził mi bym zadzwonił do generała i zapytał kto zacz ten drugi na skrzydle? 
Zadzwoniłem, powiedziałem, że pułkownik nie wie, ale obawia się, iż może to być… Nie dokończyłem zdania, generał rozkazał: wyrzucić zdjęcie!
Album ukazał się w nakładzie 20.000 egzemplarzy. Sprzedał się jak ciepłe bułeczki, może dlatego, że było w nim o wszystkich frontach i partyzantach. Ministerstwo Kultury i Sztuki przyznało mi nagrodę. W gabinecie szefa Krajowej Agencji Wydawniczej odbyła się kameralna uroczystość, którą zaszczycił generał Józef Baryła, doktor nauk humanistycznych. Wypiliśmy bruderszaft. Był to jedyny generał w moim życiu, z którym daliśmy sobie buzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *